Nie chcę być dzielna - macierzyństwo to nie bajka

Nie chcę być dzielna – macierzyństwo to nie bajka

Uwielbiam Agnieszkę Chylińską, za jej osobowość, za ciepło, za otwartość, za jej wypowiedzi, za mądrość i za to, że i ona potyka się i popełnia błędy. Bo jest zarówno zwykła i niezwykła. Ma odwagę przyznać, że macierzyństwo to nie bajka. To bardzo trudny okres dla kobiety, ale i dla związku. Z przyjemnością przeczytałam wywiad „Agnieszka Chylińska: bo ja, k***a, chcę normalnie żyć!”, który ukazał się w Onet kilka tygodni temu. I polecam go wszystkim, nie tylko kobietom – matkom małych dzieci, ale przede wszystkim ich partnerom, przyszłym mamom i dziadkom. Każdemu. Niesie za sobą to co wiele matek ma w sercu. Ja to mam.

Rodzimy dzieci, poświęcamy się rodzinie. Chcemy być jak „matki Polki” tylko we współczesnym wydaniu. Piękne, zadbane, mądre, oddane dzieciom, partnerowi, rodzinie, pracujące, odnoszące sukcesy i zawsze uśmiechnięte, i szczęśliwe. Wiele matek odpuszcza, poddaje się i obniża wymagania wobec siebie. Ale są i takie, które walczą o tytuł matki roku. Ja do nich należałam, i chyba nadal należę, choć toczę wewnętrzną walkę o siebie.

 

Chcemy być idealne

 

Nawet jeśli na początku naszej nowej roli spełniamy wysokie wymagania to po kilku latach dochodzimy do momentu zwykłego załamania. Agnieszka Chylińska powiedziała to dosłownie „Ja przy********łam dupą o beton i czuję, że nie wiem, co dalej ze sobą zrobić”. Pamiętam moją chwilę upadku. Nie miałam siły na nic, wyglądałam jak cień i tak też się czułam. Chciałam, aby całe moje otoczenie było szczęśliwe. Nie zauważyłam, że jeśli ja nie jestem szczęśliwa to inni też nie mogą być. Im bardziej się starałam tym było gorzej. Miałam wrażenie, że jak upadnę to już nie wstanę. Będę leżeć na ziemi dopóki mnie ktoś nie podniesie. Na szczęście obudziłam się. Jak to zrobiłam? Odpuściłam. Zapisałam się na spotkania z psychologiem, poznałam innych rodziców potrzebujących pomocy, zrozumiałam, że nie muszę być idealna. Że wystarczy, że będę dobra. Wyszłam na prostą. Odzyskałam siebie, spokój i szczęście.

 

Od tego czasu minęło kilka lat. Niestety, życie to nie linia prosta, zdarzają się zakręty, rozwidlenia, doliny i góry. Za mną wiele krętych dróg, nawet 2 spalone mosty. Dzisiaj mam wrażenie, że stoję na dnie bardzo głębokiej kotliny. Muszę na nowo poukładać sobie w głowie wiele spraw. W domu świeżo upieczony gimnazjalista z nowymi wyzwaniami nastolatka, zmęczony nieustającymi zajęciami logopedycznymi młodszy syn, moje nowe wyzwanie zawodowe. I ja, która nadal boryka się z chorobą bycia najlepszą, odnoszącą sukcesy kobietą w każdej sferze. Problem w tym, że nie zawsze te sukcesy są. Na szczęście jest jeszcze ktoś – mąż. Taki filar rodziny. Kontra wobec mnie – jak ogień i woda. Jest wentylem bezpieczeństwa. I mimo że, często mamy odmienne opinie on pokazuje mi jasne strony życia.

Dlaczego?

 

Dlaczego o tym piszę? Bo chcę aby inne kobiety poczuły, że nie są same. Takich jak ja jest wiele. Często ich nie zauważamy. Bo są dzielne. Radzą sobie. A jak radzą sobie, to nie potrzebują pomocy. Ale tak nie jest. Potrzebujemy. Wstyd nam przyznać się, że nie jesteśmy takie na jakie wyglądamy. Przecież chcemy być wyjątkowe. Tylko za jaką cenę? Depresji lub innej choroby związanej ze stresem i zmęczeniem?

 

Może przeczyta ten tekst mężczyzna, który ma idealną żonę, jej rodzice lub przyjaciele. I popatrzą trochę dokładniej, czy z ich ukochaną osobą coś niedobrego się nie dzieje.

Wywiad z Agnieszką Chylińską „Agnieszka Chylińska: bo ja, k***a, chcę normalnie żyć!” znajdziecie tutaj.

 

„Kolorowa” Ania

12 myśli na temat “Nie chcę być dzielna – macierzyństwo to nie bajka

  1. Oj tak, najtrudniej obniżyć wymagania względem siebie, a to często jedyna droga do… odnalezienia szczęścia. A – i jeszcze warto wyłączyć tv, żeby nie widzieć tych reklam pięknych domów, mam i czystych uśmiechniętych dzieci :-P Bo one mogą ryć psychę!

    1. Dokładnie. Media z każdej strony atakują nas obrazem idealnej matki. Sama czasami jestem przerażona obrazkami z życia współczesnej mamy. Zawsze uśmiechnięta, świetnie ubrana, dzieci wystylizowane, wspólne zabawy, wyjazdy, spotkania, dom jak z czasopisma itd.

  2. Idealny obraz macierzyństwa nas otacza. Wyidealizowany. Wszyscy wypoczęci.
    Więc jak tylko ktoś sobie nie radzi, organizacja siada, to się obwinia i sobie robi wyrzuty.
    Ty wiesz ile ja koleżanek miałam za idealne i spełnione nim się nie okazało, że tu się rodzina wali, tam jakieś kłopoty z nałogami itp?

    1. Niestety tak to jest, że świat nam często nie ułatwia. Tworzy fałszywy obraz.
      A my chcemy być wyjątkowe. Nie przyznajemy się, że coś nam nie wychodzi, że mamy problemy lub czegoś nie umiemy. Tworzymy maskę, pod którą ukrywamy prawdę. Do czasu.
      Dowiadujemy się, że przyjaciółka ma depresję, inna rozwodzi się z mężem, a jeszcze inna ucieka w używki. To może skrajne przykłady, ale takie też się zdarzają.

      Myślę, że warto o tym rozmawiać. O naszych kłopotach, oczekiwaniach, zdrowiu. Po pierwsze wygadamy się, te wszystkie sprawy ujrzą światło dzienne – a to już pierwszy krok. Po drugie może się na to wszystko zjadą rozwiązania. A po trzecie pokażemy, że to jakie jesteśmy :)

  3. Ja juz dawno odpuściłam bycie idealną dla innych. Wiesz Aniu, czasem jestem taka dla siebie. Nie dlatego, że chcę sobie coś udowodnić, ale dlatego, że dopięcie czegoś na ostatni guziczek jest ważne dla mnie, daje mi radość i poczucie siły. Ale to nie przymus :) A w każdym razie daje już sobie prawo do bycia NIEIDEALNĄ :) Pozdrawiam Cię ciepło i cieszę się, że piszesz o tym, że warto być nieidealną, robisz to dla wszystkich dziewczyn!

    1. Dziękuję Basiu :)
      Ja nadal przyzwyczajam się do „odpuszczania” sobie. Już wiem, że w życiu chodzi o coś zupełnie innego nić bycie najlepszą. Trzeba stawiać sobie cele, wysokie wymagania, ale rozsądnie i z umiarem.
      Teraz chcę być szczęśliwa, a wieczne dążenie do życia na 150% uniemożliwia to :)

      1. Nie wiem Aniu, czy czytałaś ten wpis u mnie „Kiedy Krecik zachorował”. Przepraszam, ale nie pamiętam. Jeśli tak, to wiesz o co chodzi. To były te 2 miesiące życia, kiedy klocki priorytetów wymieszały się i powstała nowa wieża. Dziękuję siłom wyższym za tą lekcję … Ale wiem, że z pewnością nie ma tam klocka być na 150% :)

  4. Witam. Przypadkiem tu wpadłem, i bum, zobaczyłem opis swojej żony ;)
    Dobrze wiedzieć, że są też inne kobiety tak „zakręcone.” U swojej żony zauważyłem to już dość dawno. Nawet jej o tym powiedziałem, no ale nie przyniosło to żadnej zmiany, może poza fochem. Ja to odbieram jako dążenie do ideału, ale takiego chorego ideału,nie możliwego do osiągnięcia. Nie raz, jej mówiłem: „wiesz skąd te dołki,depresje itd? Z frustracji powodowanej tym, że wydaje Ci się, że nie ogarniasz życia, które (wg Ciebie) za wszelką cenę powinnaś ogarniać.” Ale ja swoje, a ona swoje. Bo to, bo tamto, bo jeszcze sramto trzeba zrobić. A na koniec usłyszę „ja to w ogóle nie mam czasu dla siebie” – też takie wrażenie masz, miałaś? i że urabiasz się po łokcie a od męża zero wsparcia? Z tym wsparciem, to nie jest tak, że przychodzi sobie jaśnie hrabia z pracy, otwiera piwko i do wieczora przed telewizorem, o nie, to nie ja. Już nie raz próbowałem, przejąć część (fuck, nawet wszystkie bym mógł) obowiązków domowych, naprawdę! Problem w tym, że gdy ja to zrobię to już nie będzie „tak jak trzeba” czyt. nie idealnie, czyt. nie tak jak ona by to zrobiła ;) Żeby było dobrze, to musiałbym robić to wtedy kiedy jej się wydaje, że trzeba to zrobić, w sposób, który jej się wydaje za jedyny w jaki należy to zrobić. Aha, i pretensje, że się tego nie domyślam. Kocham moją żonę i choć akceptuję i z tym żyję to nie potrafię tego zrozumieć, niestety.
    Ale z drugiej strony, dlaczego ona nie może zrozumieć, że jest idealna, taka jaka jest. Jest idealna, dla mnie, dla dzieci. dlaczego musi być idealna dla siebie, skoro tylko podnosi sobie poprzeczkę i tego ideału osiągnąć nie może przez co się wkurza, a dostaje się mnie i dzieciom.
    Ale żeby nie było tak tragicznie, to powiem, że może mały – ale zawsze – postęp jest i uczę szanowną małżowinkę jak odpuszczać. W końcu kto lepiej to potrafi jak nie facet. Czasem powiedzenie „miej wyjebane a będzie ci dane” się sprawdza i powinno być stosowane zdecydowanie częściej :)

    1. Super, że o tym mówisz. Patrzysz na to z innej perspektywy.
      Czy ja mówiłam lub mówię, że nie mam czasu dla siebie? Mówiłam. Bo tak było. Mnie dopadło zmęczenie tak wielkie, że gdy siadałam na kanapie od razu zasypiałam. Gdy kładłam się do łóżka zanim dotknęłam poduszki już spałam :) To mnie otrzeźwiło. Porozmawiałam z mężem, podzieliliśmy obowiązki i znalazłam jedne dzień w tygodniu (popołudnie po pracy) tylko dla siebie. Wychodziłam na siłownię z przyjaciółką, do kina, do niej lub do knajpy. Potem wprowadziłam sobotni wieczór spa w domowym zaciszu własnej łazienki. To mi dało ogromny oddech.
      Ale nie powiem, że od tego czasu nie miałam pretensji do męża, że mi nie pomaga. Miałam i nadal zdarza się, że mam. Ale to wynika z komunikacji. Jak zapominam, że mam podzielić obowiązki to sama je wykonuję, a potem jestem zła.
      Są oczywiście czynności, które choć nie są moimi ulubionymi wykonuję, bo uważam, że zrobię je lepiej. Choć nie znoszę rozwieszać prania to to robię, bo nie znoszę, gdy robi to mąż. Po jego rozwieszeniu ubrania zawsze są pogniecione i jakoś takie dziwne. Ale są też czynności, których się już od dawna nie tykam. Przez ostatnie 2 lata nie umyłam swojego samochodu. Mąż przeją ten obowiązek. I nigdy go o to nie prosiłam. Sam wyszedł z inicjatywą. On jest zadowolony i ja też.
      Co mogę powiedzieć. Zmiana jest procesem długim i trudnym. I Twoja żona musi zrozumieć, że może przekazać cześć swoich zadań np. Tobie. A nawet jeśli w jej ocenie ze szkodą na „jakości” to trudno – świat się od tego nie zawali :)
      Wspieraj ją, bądź cierpliwy, podeślij ten wpis i kilka innych. Może to pomoże.
      I powodzenia!

  5. Niekiedy trzeba nawet należy wyluzować, obniżyć poprzeczkę (którą same tak wysoko stawiamy) i po prostu żyć, cieszyć się tym co mamy. Ale to nie takie łatwe … ale trzeba próbować. By nie stracić siebie. Pozdrawiam serdecznie.

    1. Magdo, dziękuję za Twoje słowa. Tak, nie jest to łatwe. Ale pierwszy krok to uświadomienie sobie tego, że im bardziej się staramy tym trudniej nam osiągnąć zadawalajacy nas efekt. Z dnia na dzień stawiamy sobie coraz to wyżej poprzeczkę :) Do czasu.

Dodaj komentarz