Strach o dziecko - najgorsze z uczuć

Strach o dziecko

Pamiętacie jeszcze chwile sprzed urodzenia dziecka?

Moje były prawie beztroskie. Może i nie zawsze były usłane płatkami róż, czasami trafiał się kolec, ale w zasadzie nie miałam trosk. Przez życie kroczyłam dumnie, pewnie i nie zaprzątałam sobie głowy bzdurami.

I nagle pojawił się strach o dziecko

 

Zaczął mnie oplatać. Najpierw mała myśl czy moje dziecko urodzi się zdrowe.

 

Tak, strach pojawił się gdy zaszłam w ciążę, potem narastał i narastał. Nie o mnie, tylko o dziecko, jedno, potem drugie. Przecież chodzi o to, aby chronić swoje maleństwa.

Im dzieci starsze tym większe lęki. Mogłoby się wydawać, że powinno być na odwrót. Bo małe dziecko jest słabe i kruche. Łatwo może zachorować, częściej się przewraca, może się uderzyć, albo ktoś może niechcący skrzywdzić.

 

Mój straszy syn tak cicho oddychał przez sen, że nie mogłam spać. Co chwila się budziłam i sprawdzałam czy oddycha.

 

A gdy miał katar i nie mógł jeść z piersi to martwiłam się czy się nie udusi, albo nie zagłodzi. Przy drugim dziecku nie miałam już tych dylematów. Strach trochę przegoniłam doświadczeniem.

 

Pamiętam jak mój młodszy nieustannie się przewracał. I to najczęściej w domu. Niby najbezpieczniejszym miejscu, choć dla niewtajemniczonych chciałam powiedzieć, że właśnie w domu najczęściej ulegamy wypadkom. Dziwiłam się dlaczego nie wyciąga rąk przed siebie i nie chroni swojej głowy. Przecież to odruch. Po którymś razie poznałam odpowiedź. Moje dziecko zamiast chronić siebie, chroniło autka w swoich rękach.

Efekt? Dwa razy ruszały mu się ząbki – jedynki. Na szczęście nie wypadły.

Jak ja się bałam, że kiedyś źle się to skończy.

 

I tak mijały lata. Tylko, że gdy dziecko jest małe to możemy bardziej wpływać na ich los. Gdy tylko tak zdecydujemy dziecko będzie z nami spędzać większość dnia. I nawet jak coś się wydarzy to na miejscu możemy interweniować, udzielić pomocy. Po prostu jesteśmy i mamy złudne wrażenie, że panujemy nad sytuacją.

 

Ale dziecko zaczyna się buntować. Nie chce już wszystkiego robić z rodzicem. Chce samo chodzić do babci po lekcjach – świetlica jest bee. Przecież nie jest małym dzieckiem – ma już 10 lat.

Dla mnie 10-latek to nadal małe dziecko. Jak ja się bałam, że mu się coś stanie. Nadal się boję.

 

I uspakajające opinie, że wszystko będzie dobrze, że to niedaleko, że tylko dwie ulice, że ja też kiedyś sama maszerowałam do domu, nie pomagały. Wręcz przeciwnie. Czasami myślę, że wizyta u psychologa może by mi pomogła. Ale jakoś nie jestem jeszcze gotowa na taki krok.

 

Strachu o dziecko nie umiem zagłuszyć rozsądkiem

 

Wiem, że strach można ujarzmić, m.in.:

  1. nie myśleć o zagrożeniu
  2. uczyć dziecko rozsądnego zachowania – wpajać dobre nawyki, rozmawiać, tłumaczyć, trenować prawidłowe zachowania
  3. być w kontakcie z dzieckiem i gdy napadają nas lęki sprawdzić czy wszystko jest ok.
  4. zastosować techniki relaksacyjne
  5. zająć myśli czymś innym

I do tej pory wymienione metody skutkowały. Do czasu.

Do momentu wyjazdu mojego starszego syna na obóz harcerski.

 

Gdy tracimy grunt pod nogami

 

Obóz harcerski – 3 tygodnie w buszu, z dala od rodziców.

 

I super. Sama namawiałam, go do wstąpienia do harcerstwa. Bo to fajna zabawa, a zarazem szkoła życia. Będąc dzieckiem i nastolatką przez wiele lat byłam harcerką. Wiem co to oznacza, wiem jak wyglądają obozy harcerskie. To nie kolonia w pensjonacie z całodobową opieką. To las, namioty, woda z jeziora czy strumienia, latryny, to kąpiel w misce raz w tygodniu, warty w tym nocne, obowiązki w kuchni, nocne wyprawy, alarmy mundurowe itd.

 

Ale dobrze. Pomyślałam sobie: przecież wpajałam dobre zachowania, tłumaczyłam czym jest obóz.

Zaplanowałam remont w domu własnoręcznie zrobiony.

Techniki relaksacyjne na ile to możliwe z moim charakterem opanowałam.

I tylko jedno mi zostało.

 

KONTAKT do dziecka. A w zasadzie brak. Informacja, że dzieci nie mogą brać ze sobą telefonu komórkowego padła na mnie jak piorun z jasnego nieba. Pozostał kontakt do drużynowego, przybocznego czy komendanta. Ale większość rodziców zdaje sobie sprawę, że częste dzwonienie do dziecka za pośrednictwem osoby trzeciej to trochę wstyd i dla rodzica, i dla dziecka.

I strach o dziecko podwoił się. Ja się już nie bałam. Ja wpadłam w panikę. Bo to nie weekend poza domem. To miało być 19 dni poza domem.

 

A mój syn się cieszył, że będzie mógł zaznać wolności poza domem. Pokazać jaki jest dorosły. Bo w harcerstwie trzeba zakasać rękawy. Poza zabawą są obowiązki. I to nie małe.

I pojechał. Za to ja pożegnałam się z moim kruchym, bezbronnym dzieckiem, który stał się samodzielnym młodzieńcem. Mój strach o dziecko „schowałam do kieszeni”.

 

 

19 dni później …

1 wyremontowany pokój: zagipsowane pęknięcia, pomalowane ściany, zdarta wykładzina i położone panele

2 przeczytane książki

1 stworzony biznesplan

względnie ogarnięty ogród

5 rozmów telefonicznych z dzieckiem

0 zawału serca

1 brudne, zmęczone, ale szczęśliwe dziecko

 

Uff. Przeżyłam.

 

Poradziłam sobie.

Czy mniej się boję o dzieci?

Nie. Ale oswajam się z myślą, że dałam dzieciom wystarczającą wiedzę, żeby sobie poradziły bez mojej obecności.

Młodszy już mi zapowiedział, że wakacje chce spędzić na koloni. I jeśli nie zmieni zdania to pojedzie.

Na szczęście nastąpi to za 12 miesięcy. Może nie trzeba będzie robić remontu. Strasznie się przy nim umęczyłam.

 

Jeśli podobał Ci się tekst pozostawcie po sobie komentarz. Będzie mi bardzo miło.

A może Ciebie też męczy lęk o dziecko. Podziel się tym uczuciem.

Ania

 

Strach o dziecko
Strach o dziecko

9 myśli na temat “Strach o dziecko

  1. Rozumiem Twój strach. I robię mniej więcej to samo co Ty, by go ograniczyć. tzn staram się dać mu wiarę w siebie, możliwość ćwiczenia własnej niezależności.. A on bardzo chce z niej korzystać, choć ma tylko 5 lat. Ale gdy tylko tracę go z oczu, gdy czasem nawet tylko oddale się ode mnie – choć jest nadal w zasięgu wzroku – to jednak strach się pojawia. Choć wiem, że nie jest racjonalny. Mam nadzieję, że z biegiem czasu i kolejnymi doświadczeniami,” że jednak sobie poradzi” będzie go coraz mniej…

  2. Pamiętam swój pierwszy strach, dotyczył właśnie tego czy będzie zdrowe. A teraz codziennie mam kilka strachów, w sumie o wszystko, ale żeby je ujarzmić, biorę szkraba na ręce, tulę mocno i po prostu się z nim bawię. Pomaga

  3. Doskonale Cię rozumiem, chociaż jako facet mam chyba większy luz i mniej się przejmuję. Ale fakt faktem – każdy wspólny wyjazd z Dzieciorkami to dla mnie czas lekko stresujący i z oczami dookoła głowy. Nawet jeśli jeden ma 16 lat, a drugi 7 :)

  4. Moje dzieci dostarczyły mi już bardzo wiele strachu. A może raczej to ja dostarczyłam go sobie, bo się o nie bałam. Bałam się tak na wszelki wypadek i bałam się bo był realny powód. Ten realny strach był dużo gorszy, bo sytuacja była bardzo poważna. Nie opiszę tego dobrze, ale to ten stan gdy przyjeżdżasz do domu ze zmiany przy dziecku ze szpitala z pustym żołądkiem o 12 w nocy, nie jesz, spłukujesz z siebie brud całego dnia. Zasypiasz i budzisz sie gdy jest jeszcze ciemno, bo masz ze strachu biegunkę i torsje. Ale jest też ten fajniejszy rodzaj strachu :D kiedy dziecko sie usamodzielnia, wyjeżdża samo, zamyka w pokoju z chłopakiem :D Moje się żeni we wrześniu i też sie trochę boję bo wielka impreza idzie :D Ściskam ciepło i oby jak najmniej tych strachów <3

  5. Ja już trochę wrzuciłam na luz, ale wakacji nad morzem w tym roku ( młodszy skończył dwa lata i jest uciekinierem) jest tak ogromy, że nie wiem czy choć odrobinę odpocznę. Strach nie jest niczym złym o ile nie przeradza się w nadopiekuńczość. Dziecko czasem musi się sparzyć, bo jak wszystkim wiadomo najlepiej człowiek się uczy na własnych błędach. Moje dzieciaki mają dużą swobodę i choć często się boję, to mówię sobie, że trzeba zacisnąć zęby, żeby z nich się nie zrobili pierdołowaci dorośli. A taki obóz to świetna sprawa, ja na pierwszym obozie byłam mając 7 lat i w zasadzie spędziłam wtedy cały miesiąc poza domem. Wiedząc, że syn sobie poradził w spartańskich warunkach musisz być z niego bardzo dumna! Pozdrawiam ;)

    1. Tak. Jestem z niego bardzo dumna :)
      Masz rację, trzeba zacisnąć zęby i pozwolić na samodzielność. Dziecko musi się nauczyć radzenia sobie w różnych sytuacjach. Nam pozostaje stanie z boku i gdy trzeba wspieranie i dopingowanie.
      A co do Twojego uciekiniera to też takiego jednego miałam :) Na hasło „stój” reagował jeszcze szybszym biegiem. Na szczęście minęło mu.
      Powodzenia i dziękuję za Twoją opinię :)

Dodaj komentarz