Złamana ręka dziecka - lekcja cierpliwości dla rodziców

Wizyta w szpitalu – lekcja cierpliwości dla rodziców

Był zwykły dzień, czwartek. Dzieci w szkole, rodzice w pracy. Nagle telefon ze szkoły. W słuchawce znajomy głos wychowawczyni starszego syna. Ale to nie o niego chodzi. Sprawa dotyczy młodszego. Syn uderzył się w metalowe konstrukcje na przyszkolnym placu zabaw i upadł. Bardzo boli go ręka, płacze i nie chce iść na zajęcia szkolne. Nie zastanawiam się. Wychodzę z pracy.

 

Jestem już w szkole. Mój syn już nie płacze, dopiero na mój widok robi usteczka w podkówkę. Wiem, że nie jest dobrze. Łokieć jest spuchnięty, a syn nie pozwala nawet dotknąć ręki. Ściągam szal z szyi i robię prowizoryczny temblak. Już wiem, że czeka mnie wizyta u chirurga.

 

Godzinę później jestem na SORze jednego największych szpitali w okolicy. Niestety kolejka nie jest liczna, ale tempo przyjmowania pacjentów tak wolne, że nie można mówić o tempie. Wychodzę. Mam alternatywę, przychodnia prywatna. Ale tam dostaję skierowanie do szpitala, po sprawa złamania nie jest oczywista. Może konieczna będzie interwencja chirurgiczna.

 

Kolejne podejście: izba przyjęć oddziału chirurgii dziecięcej znacznie mniejszego szpitala. Po godzinie trafiamy pod opiekę chirurga. Kolejne prześwietlenie, kolejne minuty w stresie. I decyzja. Zakładamy gips tymczasowy. Czekamy do poniedziałku. Zobaczymy czy kość się przemieści jak zmniejszy się obrzęk. Po 7 godzinach od odebrania syna ze szkoły jesteśmy gotowi wrócić do domu.

 

Na dzisiaj koniec rozrywek.

 

Zabawa zacznie się jutro. Ale na szczęście nie dla mnie. Dla męża. Musi odwiedzić pediatrę, który wystawi zwolnienie lekarskie oraz skierowanie do przychodni szpitalnej.

Ale sprawa nie jest tak łatwa jak się wydaje. Ponieważ nie każdy lekarz może wstawić skierowanie do przychodni. Tylko ci co mają podpisaną umowę z NFZ. Gdybyśmy odwiedzili państwową przychodnię to nie mielibyśmy takiej wiedzy. Ale mieliśmy wybór i odwiedziliśmy pediatrę w prywatnej placówce. Dzięki temu mąż odbył dodatkową wizytę w przychodni państwowej. Dwa do jednego dla służby zdrowia.

Ja nie nudziłam się z synem. Dokonałam kilkudziesięciu prób połączenia się z rejestracją przychodni szpitalnej, aby wpisać syna na listę do wizyt. Nie odniosłam sukcesu. Do godziny 12:30 nie udało mi się połączyć. Mąż musiał odwiedzić panie w rejestracji osobiście. Wizyta zajęła mu 1 minutę. Czas dojazdu do szpitala 30 minut + 30 minut na powrót do pracy. Kolejne punkty dla służby zdrowia.

 

Poniedziałek rozpoczął się tak jak się spodziewałam. Od kolejki w recepcji szpitalnej i uzyskania informacji kto jest ostatni w kolejce do przychodni.

 

Nie chcę zanudzać Was co było potem, więc w skrócie:

  1. Wizyta w szpitalu trwała 5 godzin.
  2. Odwiedzenie przychodni szpitalnej.
  3. Odwiedzenie izby przyjęć ostrego dyżuru.
  4. Zrobienie zdjęcia rentgenowskiego.
  5. Poznanie kilku mam oczekujących ponad godzinę na opis zdjęcia rentgenowskiego.
  6. Ponowne odwiedzenie izby przyjęć, gdzie dziecko zostało ostatecznie zaopatrzone w gips.
  7. Jeśli ktoś łudzi się, że wszystko odbyło się płynnie, oświadczam, że nie odbyło się. Za każdym razem czekaliśmy kilkadziesiąt minut lub godzinę.
  8. Podczas pobytu dwa razy doszło do spięć z rodzicami, którzy pomylili osoby w kolejce przez co powstała alternatywna kolejka do przychodni oraz podczas ustalania kolejności wejścia na izbę przyjęć z rodzicem, a potem z lekarzem.

 

Na szczęście kolejna wizyta w szpitalu za 4 tygodnie.

 

Wizyta w szpitalu – moje smutne obserwacje:

  1. Wprowadzenie numerków w kolejce do przychodni szpitalnej spowodowałoby, że rodzice nie musieliby pilnować osób przed sobą. Nie byłoby spornych sytuacji. Taka prosta sprawa, ale jak widać nie do osiągnięcia.
  2. Niby odwiedzamy placówkę kliniczną, która teoretycznie ma stosować nowoczesne rozwiązania, ale ja tego nie widzę. Po co wprowadzać na rynek np. lekki gips, jak szpital nie dysponuje takim produktem (nawet za dodatkową opłatą). I jest nawet oczywiste, że jak już uprę się i zakupię w specjalistycznym sklepie produkt i nawet zostanie on założony na rękę, to nie zostanie tam ściągnięty. W tym szpitalu tego nie zrobią.Więc po co nam badania, nowoczesne produkty, szkolenie lekarzy, skoro zatrzymaliśmy się, nawet nie wiem czy kilkadziesiąt lat wstecz.

 

Czego mnie nauczyła ta lekcja od życia?

Cierpliwości!

Ale również tego, że pacjent jest na szarym końcu w machinie służby zdrowia, a służba zdrowia nie jest dla pacjentów. To pacjenci są dla służby zdrowia.

 

Złamana ręka dziecka - lekcja cierpliwości dla rodziców

 

4 myśli na temat “Wizyta w szpitalu – lekcja cierpliwości dla rodziców

  1. Znam z autopsji wizyty w szpitalu, tam jak chcieć coś szybciej i dokładniej, to trzeba po karetkę zrobić. Widziałam przypadki kiedy ktoś był z podejrzeniem udaru w piątek (przywieziony prywatnym transportem), a badanie tomograficzne zapisane na poniedziałek. Numerki, takie jak w Zusie czy na poczcie, to byłoby najlepsze rozwiązanie. A tak to się czeka po kilka godzin i nawet człowiek boi się wyjść do łazienki za potrzebą, bo jeszcze powiedzą, że dopiero przyszedł. Tragikomedia po prostu. Mnie po wypadku odsyłali 3 dni, bo jeszcze nie mieli podpisanej umowy z NFZ na neurologa, a na tomografię musiałam zapisać się na własną rękę w innym mieście. Pozdrawiam i życzę synowi szybkiego powrotu do pełnej sprawności :)

Dodaj komentarz